Po zwiedzaniu urokliwych wysepek w okolicach Kho Lanty,
wybraliśmy się na dziki Tajski ląd do miejscowości Krabi, które nie jest już
tak bardzo turystyczne jak Kho Phi Phi, ale za to obfita w miejscowe
targowiska, na których można kupić dosłownie wszystko. Od najtandetniejszej
chińczyzny, wydawałoby sie nikomu do niczego nie potrzebnej, aż po najbardziej
egzotyczne owoce morza, mięsiwa, słodkie owoce i miejscowe szaszłyczki z
kurczaka, wołowiny, wieprzowiny, zupki tajskie oraz inne egzotyczne przysmaki.
Po przypłynięciu Big Boatem do Krabi spotkaliśmy ślązaka
Adama (na stałe mieszkającego i dziarającego w Szwajcarii, którego serdecznie
pozdrawiamy jeśli to kiedyś będzie czytał), który polecił nam dość tani Hotel,
ale na tyle dla nas ekskluzywny, że mieliśmy przyjemność wykąpać sie pierwszy
raz w cieplej wodzie mimo iż w poprzednich kwaterunkach zapewniono nas, że
będzie ciepła woda, ale opinia nigdy nie szła w parze z jakością... ;) ( ale
nie ma co narzekać zimny prysznic dział na nas orzeźwiająco bo to niezbędne,
gdyż śpimy dużo krócej niż w Europie...:P Szybki meldunek i jak na globtroterów
przystało wzięliśmy skuterki za 180BTH za dobę aby zwiedzić Krabi. Ruszyliśmy
dość ruchliwa trasą (przypomniany że ruch jest lewostronny co nie do końca jest
dla nas komfortowe) wzdłuż rzeki tak bardzo charakterystycznej dla Krabi -
wizytówka miasta. Zafascynowani znakami prowadzącymi do wodospadu w parku
narodowym, chwilowo zboczyliśmy z trasy trafiając do pięknej mekki buddystów
ukrytej w skałach w cudownej scenerii palm i bambusów. Po
drodze nie omieszkaliśmy zatrzymać sie na miejscowym
targowisku, by zakupić trochę owoców, których nie da sie dostać w europie.
Szczególnie polecamy naleśniki z pieczonym bananem i karmelizowanym mleczkiem
kokosowym, które wywołały u nas rozkosz podniebienia. Kilometry mijały, aż w
końcu dotarliśmy do parku narodowego, który okazał się niezbyt tanim jak na panujące
tu warunki (100BTH wejście i 20BTH parking). Kaskada wodospadów oraz dzika dżungla,
która żyje przeróżnymi dźwiękami egzotycznych owadów i zwierząt zrobiła dość
spore wrażenie, bo to nasze pierwsze spotkanie z dziką lądową Tajlandią. Foto Foto
Foto i skuterki ruszyły z powrotem do miasta. Wbrew pozorom dość szybko tu się ściemnia,
niemniej jednak nocne skuterowe eskapady również są przyjemne, w związku z czym
nie było sensu wracać do hotelu. Ryż Curry z kurczakiem u "lokalsów", do tego
tajska niezwykle ostra zupka i ruszyliśmy dalej w trasę. Ni stąd ni zowąd robi
się godzina 22 . Na plaże niby tylko 10km - spontaniczna decyzja, a przejedziemy
się... nagle znak 16km A-Nong - no to szybka decyzja jedziemy dalej...trasa
okazała względnie dłuższa niż przypuszczaliśmy, ale...wybraliśmy się do
A-Nonog, do którego trzeba było nadwyrężyć silniczki skuterów. Dwa pasy w jedną
stronę, pusta droga, nawet można rzec, że mocno zmarzliśmy podczas tego wojażu.
A-Nong, to mała miejscowość na wybrzeżu, z licznymi tajskimi
knajpkami tętniąca życiem okazała się bardzo dobrym wyborem jak na ten ciepły
wieczór. Krótkie zwiedzanie i szybko zrobiło się późno wiec wracamy do Krabi.
Na powrocie dopiero było zimno. Skuleni przy prędkości ok 100km/h wracamy z
powrotem (około 25 km w jedną stronę). Na sen jakaś aspiryna, aby zabić wszystkie
wirusy. Tym razem tajska odmiana wódki, gdyż ta z polski ile mogła wytrzymać ;]
(czyt. "Kill bacteria").
Hotel, spać. Rano pakowanie i zaczynamy 7 dzień wyprawy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz