środa, 30 stycznia 2013

Krabi dzień 7


Po zwiedzaniu urokliwych wysepek w okolicach Kho Lanty, wybraliśmy się na dziki Tajski ląd do miejscowości Krabi, które nie jest już tak bardzo turystyczne jak Kho Phi Phi, ale za to obfita w miejscowe targowiska, na których można kupić dosłownie wszystko. Od najtandetniejszej chińczyzny, wydawałoby sie nikomu do niczego nie potrzebnej, aż po najbardziej egzotyczne owoce morza, mięsiwa, słodkie owoce i miejscowe szaszłyczki z kurczaka, wołowiny, wieprzowiny, zupki tajskie oraz inne egzotyczne przysmaki.

Po przypłynięciu Big Boatem do Krabi spotkaliśmy ślązaka Adama (na stałe mieszkającego i dziarającego w Szwajcarii, którego serdecznie pozdrawiamy jeśli to kiedyś będzie czytał), który polecił nam dość tani Hotel, ale na tyle dla nas ekskluzywny, że mieliśmy przyjemność wykąpać sie pierwszy raz w cieplej wodzie mimo iż w poprzednich kwaterunkach zapewniono nas, że będzie ciepła woda, ale opinia nigdy nie szła w parze z jakością... ;) ( ale nie ma co narzekać zimny prysznic dział na nas orzeźwiająco bo to niezbędne, gdyż śpimy dużo krócej niż w Europie...:P Szybki meldunek i jak na globtroterów przystało wzięliśmy skuterki za 180BTH za dobę aby zwiedzić Krabi. Ruszyliśmy dość ruchliwa trasą (przypomniany że ruch jest lewostronny co nie do końca jest dla nas komfortowe) wzdłuż rzeki tak bardzo charakterystycznej dla Krabi - wizytówka miasta. Zafascynowani znakami prowadzącymi do wodospadu w parku narodowym, chwilowo zboczyliśmy z trasy trafiając do pięknej mekki buddystów ukrytej w skałach w cudownej scenerii palm i bambusów. Po
drodze nie omieszkaliśmy zatrzymać sie na miejscowym targowisku, by zakupić trochę owoców, których nie da sie dostać w europie. Szczególnie polecamy naleśniki z pieczonym bananem i karmelizowanym mleczkiem kokosowym, które wywołały u nas rozkosz podniebienia. Kilometry mijały, aż w końcu dotarliśmy do parku narodowego, który okazał się niezbyt tanim jak na panujące tu warunki (100BTH wejście i 20BTH parking). Kaskada wodospadów oraz dzika dżungla, która żyje przeróżnymi dźwiękami egzotycznych owadów i zwierząt zrobiła dość spore wrażenie, bo to nasze pierwsze spotkanie z dziką lądową Tajlandią. Foto Foto Foto i skuterki ruszyły z powrotem do miasta. Wbrew pozorom dość szybko tu się ściemnia, niemniej jednak nocne skuterowe eskapady również są przyjemne, w związku z czym nie było sensu wracać do hotelu. Ryż Curry z kurczakiem u "lokalsów", do tego tajska niezwykle ostra zupka i ruszyliśmy dalej w trasę. Ni stąd ni zowąd robi się godzina 22 . Na plaże niby tylko 10km - spontaniczna decyzja, a przejedziemy się... nagle znak 16km A-Nong - no to szybka decyzja jedziemy dalej...trasa okazała względnie dłuższa niż przypuszczaliśmy, ale...wybraliśmy się do A-Nonog, do którego trzeba było nadwyrężyć silniczki skuterów. Dwa pasy w jedną stronę, pusta droga, nawet można rzec, że mocno zmarzliśmy podczas tego wojażu.
A-Nong, to mała miejscowość na wybrzeżu, z licznymi tajskimi knajpkami tętniąca życiem okazała się bardzo dobrym wyborem jak na ten ciepły wieczór. Krótkie zwiedzanie i szybko zrobiło się późno wiec wracamy do Krabi. Na powrocie dopiero było zimno. Skuleni przy prędkości ok 100km/h wracamy z powrotem (około 25 km w jedną stronę). Na sen jakaś aspiryna, aby zabić wszystkie wirusy. Tym razem tajska odmiana wódki, gdyż ta z polski ile mogła wytrzymać ;] (czyt. "Kill bacteria").
Hotel, spać. Rano pakowanie i zaczynamy 7 dzień wyprawy




























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz